środa, 2 grudnia 2009

Zaległe urodziny Maryśki :)

Marysia... pytanie: kto to jest Marysia... No więc Maria jest hiszpanką, która to mówi po polsku, ponieważ cały zeszły rok spędziła w Polsce. Już kiedyś o niej wspominałam, i miałam później napisać jej historię, ale tak wyszło, że nie wyszło...
Więc teraz nadrabiam zaległości...
Od początku!
Maria znalazłam mnie na CS i napisała tam do mnie wiadomość, czy jak już się zacznie rok akademicki, to czy bym się z nią nie chciała spotkać, bo ona bardzo lubi polski i chciałaby popraktykować... Ale w lipcu byłą jeszcze w Łodzi... ja na to - Oczywiście!!!
We wrześniu umówiłyśmy się na spotkanie.. no i się zaczęły zbiegi okoliczności...
Po 1 Maria wprowadziła się na miejsce Hanki - do jej pokoju, kiedy to Hania się wyprowadziła.. (ale w rezultacie znowu się wprowadziła do tego mieszkania :P - i teraz mieszka razem z Marią).
Po 2 Maria znała Almara - wtedy jeszcze nie osobiście, ale też nie ode mnie...
Po 3 Maria mówi po polsku :)
Po 4 Maria chce jechać na Erasmusa do Polski :)
Po 5 Maria jest niesamowicie pozytywną i mega sympatyczną osobą! Jest słodziutka! ;)
To w skrócie!

A teraz zaczynając od poniedziałku... spotkaliśmy się w jakieś 11 osób u mnie w pokoju i przyszykowaliśmy dla Marysi urodziny niespodziankę. Ona się zapierała, że nie chce odchodzić urodzin, ale później bardzooooooooooooooooooooooo się cieszyła! Siedzieliśmy i przygotowywaliśmy to przez jakieś 3 godziny... a co z tego wyszło?

Środa - godzina 19.30 Maria spotyka sie na kawie z Kasią, która to informuje ją o tym co ją czeka. Idą razem na plaza Cervantes i tam od Gosi dostaje pierwsze zadanie - flet i musi grając na starówce zarobić jakąś kasę - udało się 2 eurocenty wpadły ;P
Następnie idąc w 3 spotykają (niby przypadkiem mnie), ja udaję że nie wiem o co chodzi :P co Maria łyka z łatwością. Idziemy razem pod karedrę. Tam czeka na nas Paula, z plecakiem, kapeluszem, śpiworem i kijkiem - Maria się przebiera za pielgrzyma i z mapą zaczepia ludzi pytając: excuse me - where is the Catedral? Czyli to tak jak w lesie pytać o drzewo :P

where is the Catedral :)

Po wykonanym zadaniu idziemy do parku Alameda - tam czeka Olga z Kubą i kolejnym zadaniem - tym razem Maria musi prosić obcych ludzi aby w różnych językach napisali jej życzenia urodzinowe na wielkiej kartce :D
Ja w tym czasie biegnę do domu po kwiatka dla niej :)
Oni idą do Maćka na kolejne zadanie: Maria musi się dowiedzieć jak jest "na zdrowie" w 10 różnych językach. A później idzie pod teatr - gdzie czekam na nią ja... Gdy nadchodzi spora grupka, Maria ucieszona, że znowu mnie widzi, podchodzi do mnie i prosi o zadanie... a ja znowu udaję, że nie wiem o co chodzi, i wmawiam jej, że ja to tu do kina przyszłam - na randkę ;)
biedaczka idzie szukać dalej, ale po chwili się lituję nad nią i przedstawiam zadanie: musiała 'ukraść' 5 cukrów z kawiarni, a następnie sprzedać jej na ulicy po 1 cencie :D

mogę ukraść jeden cukier? ;>

może chcecie kupić jeden cukier za 1 centa :P

Kierujemy się razem na targ. Tam czeka Hania z zadaniem smakowym - z zamkniętymi oczami nasza solenizantka zgaduję co je lub pije. A na bonus dostaję od nas karteczki z osobistymi życzeniami, na co każdemu musi odpowiedzieć.
Z targu lecimy do Agarimo, gdzie czekał Michele z poduszką... Maria musiała za sprawą poduszki zrobić z siebie ciężarną i powiedzieć panu barmanowi, że to jego dziecko... (niestety akurat na zmianie były same kobiety, więc musieliśmy zmienić lokal :D) ale się udało - śmiesznie było.

Maria i Perdo ;P

Przy fontannie na Cervantesie czeka czarownik Stefano... tak Marię oczarował swoimi sztuczkami, że była cała pomazana na czarno na twarzy.



Ostatnie zadanie to zrobić łańcuch z ciuchów dookoła fontanny... a Później - niespodzianka!

Wróciliśmy do domu, a tam karton na środku pokoju... i wędka...
Na kartonie krzyżówka... rozwiązanie dawało hasło to złowienia rybki... i po 3 głośnych okrzykach - z kartonu wyłania się Niko (przebrany za rybę)

Maria była wniebowzięta!
Ale to nie koniec... są balony - w każdym zdjęcie jednego z nas obrazującego jakąś literkę... a rozwiązanie - Feliz cumple! (wszytskiego naj)
A na koniec - torttttttttt! upieczony własnoręcznie przez Paulę, Hanię i Stefano - był pychaaaaaaaaaaaaaaa.


wszystkiego naj :)


Po miłym wieczorku w domu poszliśmy do Crechas na koncert... ale ja jak zwykle stałam i gadałam przed... a później próbowałam jakieś 5 razy wrócić do domu, ale ciągle ktoś lub coś mnie zatrzymywało... a jak już wróciłam... zdałam sobie sprawę, że jak wróciłam do domu po kwiatka dla Marii - to zostawiłam klucze :D

Czekałam aż nie zmarzłam, a później obudziłam moją współlokatorkę - która to mnie za to nienawidzi :D i na drugi dzień dala mi wykład - co ja sobie w ogóle wyobrażam, i jak ja mogę być taka nieodpowiedzialna - to jej tylko powiedziałam, że jest nudziarą :P dobrze jej powiedziałam, nie??

a w czwartek... ojjj głowa bolała... ale dla Maryśki - watro było się poświęcić ;)

Ps. piszę to lecąc samolotem do Rzymu... a za oknem piękne ośnieżone góry - już się nie mogę doczekać - jeszcze tylko 11 dni!!!

wtorek, 1 grudnia 2009

Dla takich chwil warto żyć



THANK YOU, MY FRIENDS!

Angela, Michele, Agata, Ja, Chiara, Stefano, Paula, Maria, Olga, Maciek, Hania, Peter, Falk, Attilio, Kasia, Dani, Almar, Kuba (i spóźnieni: Julia, Gosia i Stefano)

W niedzielę miałam małe smutki... dzień wyjazdu z Santiago się zbliżał, fajny tydzień mi minął... i tak z Julią i później z Gosią sobie poplotkowałyśmy, i doszłyśmy do wniosku, że czujemy się tu jak w domu i że czas pędzi tu z prędkością światła!

A w poniedziałkowy wieczór chciałam się z wszystkimi spotkać aby się pożegnać... i nie sądziłam, że przyjdzie tyle osób... nie pamiętam kiedy ostatnio spotkaliśmy się w tak licznym składzie w jednym miejscu! to było cudowne! i czułam, że nikt nie robi tego na siłę, tylko tak od serca...
To niesamowite uczucie, każdemu tego życzę, każdemu życzę poznania tak wspaniałych ludzi!

Na początku posiedzieliśmy trochę w naszym ulubionym barze tapasowym Agarimo, a później plan był iść na koncert flamenco... ale zanim się zebraliśmy wszyscy... to już nie było miejsc i nie weszliśmy do środka...

Agarimo

Po drodze spotkaliśmy Julię i Gosię, które to miały do późna zajęcia... :*

i już taka trochę mniejszą grupką popijaliśmy winko z miseczek ;)

A teraz zamiast się pakować piszę bloga i słucham genialnej piosenki Grechuty "Dni których jeszcze nie znamy"

"... jak pozbierać myśli, z tych nie poskładanych,
jak oddzielić nagle serce od rozumu,
jak rozpoznać siebie pośród śpiewu tłumu...
Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy..."

Dziękuję wszystkim za wszytko co już przeżyłam, z Wami, przy Was, dzięki Wam!!

Obiecuję, że dziś w samolocie napiszę notatkę z zaległych urodzin Maryśki, oraz z weekendu...
A tymczasem lecę się pakować, bo Rzym czeka!!!!!!!!!!!

wtorek, 24 listopada 2009

szukam kradzieja czasu!

ehh... za bardzo oryginalna to ja nie będę pisząc, że nie mam na nic czasu... ale takie właśnie jest moje życie i w sumie nie zamieniłabym się z nikim na nie - szczególnie teraz :P

no więc mam jednego podejrzanego - jest nim internet!! np. teraz :P

Kartka z listą rzeczy do zrobienia ciągle się wydłuża, a czasu coraz mniej... najgorsze jest to, że najwcześniej jestem w domu o 18.30 i z dnia mam tylko wspomnienia... ehh...

ma ktoś pomysł jak wydłużyć dobę??
napisałam sobie nad biurkiem wielkimi literami: MAM CZAS NA CO TYLKO CHCĘ - wiecie, działanie na (pod)świadomość... ale jakoś nie działa jeszcze :) ale wierzę, że zadziała!
Już nawet nie mówię o tym ile mam książek do przeczytania (po hiszpańsku), bo i tak ich nie przeczytam, po 1 bo nie, a po 2 bo są tak nudne, że hej!
Ale mgr i lic czekają na mnie... ehh

No więc, jak już zauważyliście cierpię na permanentny brak czasu od jakichś 2 tygodni... dlatego milczałam przez tak długo (w miarę :))

Dość sporo zrobiła w zeszłym tygodniu, ale nadal daleko w polu jestem... w czwartek zrobiłyśmy sobie z Paulą, Gosią i Zuzią "obiad czwartkowy" - był pyszny!!!!!!!!!! Ja przygotowałam kurczaka, z makaronem i ravioli w sosie pomidorowym, Zuzia przesoloną pyszną sałatkę z ryżu i kukurydzy, Paula mega dobry deser - sałatkę owocową z sosem jogurtowym, a Gosia nas upiła winem bez otwieracza :) Obiad był ze okazji zakupu biletów na wycieczkę do...
hmm... napisać czy nie?? ;>
do Maroka!!!!!!!! jupiiiiii!!!
kupiliśmy na chwilę obecną bilety tylko Madryt-Nador-Madryt... za każdy zapłaciliśmy 1 euro (słow. jeden euro) więc narazie drogo wychodzi, bo całe 2 euro :P hehehhehehee
Lecą: ja, Monika moja friend z pedagogiki z UG - łączy wycieczkę z odwiedzinami mnie, Gosia, Paula z Maćkiem (jej chłopakiem - nie tym naszym tu Maćkiem)... i jak na razie to wszystko... dla Zuzi już nie starczyło biletów - bo tylko 5 było w promocji - reszta już kosztowała 30 euro :( ale ten skubaniec mały kupił sobie na następny dzień bilety na styczeń, a my lecimy 11 lutego!!! jupiiii!!!!!

Po obiadku i zakupach poszłyśmy do włochów i mieliśmy razem gdzieś wyskoczyć na chwilkę... skończyło się po 4... długim spacerem... Najpierw poszliśmy na botellon połączony z garażowym koncertem i pieczeniem kasztanów - dla nas już nie starczyło... a później mieliśmy gdzieś pójść, ale tak krążyliśmy po mieści i na rozmowach długich się skończyło!

piątek - odpoczynek

a sobota :DDDDDDD
a w sobotę przyjechała do mnie Ania z A Corunii... Ania... Ania jest dziewczyną z Polski, która to poznała mnie przez mojego bloga :D napisała do mnie z prośbą o pomoc, pomogła jak mogłam, a teraz się poznałyśmy. Przy okazji dowiedziałam się co nie co o Erasmusie w pobliskim mieście ;)
Dziewczyny (bo Ania przyjechała z koleżanką Andreą) poszły na zwiedzanie, a ja z Attilio i z Maćkiem pojechaliśmy na rowerkach do Area Central - takie duże (jak na Santiagowskie warunki) centrum handlowe. Maciek z zamiarem zakupu czapki, a ja odebrać plecak od reklamacji, który to zaniosłam tam pod koniec sierpnia! Zakończę to tylko tym, iż plecak nie była naprawiony, a ja dostałam zwrot kasy... ehh...

a o 21.00 ruszyliśmy na koncert Yann'a Tiersen'a i Matt'a Elliott'a. Mi osobiście podobało się bardzooooo. zamknęłam oczka i wczułam się w muzykę, ale zdania innych były raczej takie sobie! Ja jestem bardzo zadowolona i dla mnie to najważniejsze!

na koncercie z Gosia, Virginy, i Lolą (blondynki imienia nie pamiętam :P)

Po koncercie... ja nie wiem, to już chyba tradycja, ale zamiast pójść do klubu potańczyć czy posiedzieć kulturalnie, całą noc znowu przegadałam chodząc od "pod klubu" do 'Pod pubu" :P

pozowanie do reklamy pasty colgate :P

W pewnym momencie Michi z Attim mnie zgarnęli i wróciliśmy do domu! dzięki im za to, bo pewnie do świtu bym... gadała!

niedzielę - przespałam! Pouczyłam się 2 godzinki włoskiego z Chiarą, a później ambitny plan był pójść do kina... ale, że film genialny - to biletów dla wszystkich (w tym dla mnie) nie starczyło... więc skończyłam z Attim i Paulą, szukając się z Julią i Maćkiem - na tapasowych krewetkach!
A wieczorem napisałam chyba najdłuższego w życiu maila i to po angielsku, więc 3 godzinki zleciały!

Za tydzień - o tej porze już będę zwarta, gotowa i spakowana... Rzymie i Romo - nadciągam!
tak... jestem tu już prawie 6 miesięcy - i gdyby nie te 70 wpisów na blogu, to bym musiała się długo zastanawiać nad tym jak to tak szybko zleciało!!!!!!!!!!!
Dlaczego tak wspaniały czas tak szybko upływa?? w ogóle, czy w erze techniki i globalizacji, szybkiego internetu (którego akurat ja nie posiadam) czas też przyśpieszył? a może istnieje jakaś siła co przyśpiesza wskazówki zegarów??
O co chodzi??

wtorek, 17 listopada 2009

Oviedo odwiedzone!

Sobota, 7 rano, spotkanie na plaza Roja - ruszamy!
Nie wiedziałyśmy skąd najlepiej - więc poszłyśmy gdzie najbliżej :D


Nie udało się...
Więc po przeanalizowaniu trasy... poszłyśmy z autostrady na drogę krajową...
Ale tam miły pan powiedział, że to nie w tym kierunku... więc wędrówki po Santiago ciąg dalszy...
po ponad godzince - wydostałyśmy się z Santaigo.

coś ok. 350 km ;)

Za już dnia jasnego poprzesiadałyśmy się trochę, aż w pewnym momencie znalazłyśmy się gdzieś, gdzie był mega gadis (taki super market... w Santiago nie jest on mega :( ;))
zakupiłyśmy po bagietce i zjadłyśmy ją z jajkami na twardo przygotowanymi przez Paulę, pomidor też był!


Ja, Paula i jajka...

Najlepsza przejażdżka trafiła nam się z wesołą Panią, której życie było super interesujące!! dla takich osób właśnie warto stopem jeździć :)
Zatrzymaliśmy się razu pewnego (bo co chwilę się na siuśka Zuśki musieliśmy zatrzymywać), bo mi się zabulgotało w brzuszku - nie wzięłam rady Misia Luja z facebooka do serca - "komu w drogę temu aviomarin" no i trzeba było przystanek zrobić.
Stanęliśmy przy urzędzie miasta ds. wody... takie, nie za duże tam te urzędy mają :D

ayutamiento de Salas

Po 9 godzinach dotarłyśmy :D

Zadzwoniłam więc do Karoliny, żeby jej to oznajmić - nasz couchsurferka... no i tłumaczę jej, że jesteśmy na rondzie z fontanną (myślałam, że jej to dużo powie...) a ona mi na to, że w Oviedo na co drugim rondzie są fontanny :D
Zapytałyśmy więc o drogę... i po 2 godzinach doszłyśmy... drugi koniec miasta :/
Podobno Karolina robią ta trasę w 50 min... ale my niedoświadczone, o sklep i cukiernie zahaczające... zleciało!

Przebrałyśmy się i poszłyśmy na miasto szukać znaków Woodiego Allena...

Ale znalazłyśmy tylko jakiś pomnik kapelusza i książek,

sklep z butami nike :DDDD
to takie tutejsze botki drewniane, w których to się już chodzi będąc w butach - i to jest prawda - widziałam na jakiejś wiosce para dziadka w takich butkach!!! (tzn nie nike :D - zwykłe drewniaki miał)

Wpadłyśmy na ulicę Sirdy - takiego specjalnego alkoholu nalewanego z wysokości dużej!
Sidra de Asturias. Na bazie soku z jabłek, 4-6% alkoholu, smak na początku nieco kontrowersyjny...
Były sidry, kanapki (tapas), pany grajki (powyżej) i sianko (poniżej)
Zabawa była... dziecinnie prosta, a dzieciaki (nie my :P) bardzo zacięte do walki:)


ok 23. spotkałyśmy pomnik Dupy na ulicy - więc za nią złapałyśmy :) jędrna nie była :P

a teraz się zaczyna historia prawdziwa!!
no po 23.30 poszłyśmy do klubu jakiegoś wreszcie - bo dopiero otwierali. wybrałyśmy ten a nie inny, bo dali na zaproszenie na darmowe chupitos (podobno wszędzie dają)
Weszła Zuzka (lat 21), weszła Paula (lat 22), a na Magdę (lat 23) pan ochroniarz (wyglądający jak niewyrośnięty świniak) rzuciła się z łapami!! Zaczął mnie pchać i wręcz wypychać za drzwi...
po 2 nieudanych próbach wypchnięcia mnie (siłę jakąś tam mam w końcu, niee??) Pytam się o co mu chodzi, i żeby się odwalił!
a on na to: no tienes edad... (nie masz odpowiedniego wieku), a ja na o że se sprawdź chamie, zanim się na mnie z łapami rzucisz! a ona na to, że mam wyjść bo go to wcale nie obchodzi! to ja mu na to, że chcę po swoje dziewczyny pójść (bo one już weszły), a on na to uparcie, że za młoda jestem! to ja mu dowodem przed nosem macham... i próbuję zawołać dziewczyny, a ona jak po 1 minucie wreszcie obliczył, że jednak mam edad... to już dziewczyny wyszły... ale i tak mnie nie wpuścił... przyczepiając się tym razem do Pauli, że mam siano we włosach - a ona mu na to, że ta lubi... i znowu z łapami!!
Wyszłyśmy - ale ja jak to ja...
Stwierdziła, że tak traktować się nie pozwolę (mimo, że wyglądam jak wyglądam) szacunek każdemu się należy, kobiecie od ochroniarza tym bardziej! weszłam więc, i mówię że z szefem chcę rozmawiać - a ona już z pełnym impetem wypchnął mnie za drzwi!
Szef nie wyszedł (bo podobno go nie było) więc... Przyjechała policja, wzięli nas na komisariat, złożyłam zeznanie i zobaczymy co dalej!

Później doszła do nasz Karolina, pokazała miasto nocą - życie nocne mimo wszystko różni się od Santiagowskiego. fajnie było, ale już tak jakoś z urazem na duszy...
Wracając Paula przejechała się wózkiem z supermarketu i znowu było wesoło!

W podróż powrotną ruszyłyśmy o 12 dnia następnego... tym razem autobusem wyjechałyśmy na rogatki i o 13 zaczęłyśmy łapać stopa!
Plan był na czarnego 4 drzwiowego citroena..
niestety jechałyśmy wszystkim tylko nie takowym...
Ale silnie pracuję nad wizualizacją i np. jak zrobiłyśmy konkurs "co nadjedzie następne" wygrałam: nadjechał : czarny 4 drzwiowy citroen... ale zapomniał się zatrzymać.
Poza tym chwilę później powiedziałam dziewczynom, że teraz jak powiemy 3, czte ry to się coś zatrzyma! i co?? i się zatrzymało!

Tak więc, następnym razem na Salamankę jedziemy czarnym 4 drzwiowym citroenem! :D
A w Santiago byłyśmy o 20, ze fajowymi wspomnieniami i małym pojęciem o Oviedo :D

aaa Karolina jeszcze bardziej nas utwierdziła w zdaniu, że Santiago jest cudowne - jej się średnio studia tam podobają - a my uwielbiamy nasz miastuńko ;) i zycie w nim!!

sobota, 14 listopada 2009

100 tysięcy things to do...

Nie wiem od czego zacząć... dużo się działo, a zarazem nic dla czego warto by było poklikać w klawiaturę...

Kolano nadal boli, ale chodzę bez problemu... na łokciu się nie mogę opierać, ale jak bym pojechała na koncert Depeche Mode do Lizbony jak to zrobili: Julka, Hanka, Attilio, Michele i Stefano to pewnie dałabym radę się tym moim siniakiem rozpychać :D
Oni się teraz świetnie bawią w Lizbonie, a ja jutro - tzn dziś za godzin 6 ruszam stopem z Zuzią i Paulą na Oviedo - miasto W. Allena. Miała jechać Gośka z nami - ale jej dziś na jutro dyżur w szpitalu wcisnęli :(

Poza tym... nie wiem od czego zacząć, mam tyle rzeczy do zrobienia, a na nic czasu... ostatni tydzień np. wtorek - położyłam się o 5 - uczyłam się hiszpańskiego do tego czasu, wstałam o 8, o 9 byłam na zajęciach - w domu o 1 w nocy... ze smutkami do tego... i od wtedy mnie trzyma...
Wczoraj byłam na fajnej domówce - a mianowicie najpierw wpadłam do Juli na momencik - zostałam pół godziny - wyprostowała mi włosy - i co i nagle teraz wszyscy mówią, że świetnie wyglądam - a to przecież moje normalne włosy proste są ;P
do domku wpadłam zostawić torbę i do Gośki na ploty pobiegłam, później Julia do nas dołączyła, a później poszłyśmy do jednego Niemca na urodziny... się wygadałam za wszystkie czasy, a na koniec zlądowałam u Włochów grając w x-boxa :D pamiętam tylko czerwony i niebieski przyciska.. ale nie wiem który do czego służył!! ale podobno nieźle mi szło jak na pierwszy raz :D
dziś rano - uuuu nie miałam siły wstać - ja nie wiem jak dam radę za 4 tygodnie na nartach wstawać o 7-8 - takie godziny to tu dla mnie abstrakcja!

poszłam na włoski, miałam iść do koordynator ale bym wtedy do colegio nie pojechała więc.. nic nie załatwiłam... a tak dziś wiało - że miałam niezłe problemy z iściem... ludźmi zarzucało na chodniku... wow!!

W przedszkolu - to słodkie, ale dzieciaki mnie uwielbiają i to miłe widzieć jak się cieszą na mój widok!

Miałam iść dziś do kina na Polańskiego... ale nikomu się nie chciało nosa wychylić z domu więc nie poszłam...

Mam do napisania kilka maili, sprawozdanie 60 stronicowe z praktyk, z 5 książek do przeczytania, opowiadanie z hiszpańskiego do napisania, mgr, licencjat... hiszpański, włoski.. :/
Ja chcę dobę 48 godzinną!

dziś zabieram się za wszystko, tykam tego i zabieram się za coś kolejnego jak mi się przypomni... na komputerze mam 8 stron otwartych, 4 różne dokumenty... zaczynam nie ogarniać - a do tego czuję że nie bardzo rozumiecie co piszę, bo to chyba trochę chaotyczne jest co?

A to macie tu linka do fajnej muzyki gitarowej :) Ricardo y Gabriela właśnie słucham sobie... i taki mnie egzystencjalny smut jesienny łapie...
ehh ahh! a do tego np dziś chwilkę rozmawiałam z zakochana Romą, która to mnie nie rozumie przez to.. no i ona jedzie do Polski w środę, fajnie co?? tylko cicho - bo jej rodzice nic nie wiedzą :D tzn nie jedzie do nich, tylko do Torunia na festiwal muzyczny :D agentka! a za 2,5 tygodnia widzimy się w Rzymie... a właśnie - powinnam jakiegoś coucha poszukać w tym mieście, ale nie mam czasu - o czym już chyba wspominałam :P

dobra bo pisze o niczym.. idę się poprysznicować i pakować, bo zostało mi 6 godzin.. i mogę nie zdążyć...


sobota, 7 listopada 2009

boleśnie pyszny piątek!


buziaki dla wszystkich ;]
Zacznę od czwartku, na przekór :D
po pierwsze, moja mama odebrała klucze od swojego nowego mieszkaniaaaaaaa!! Jej pierwszego własnego mieszkania! cieszę się strasznie, że zaczyna nowe życie :)

po drugie, mam wielkie chęci do nauki języków... ale oczywiście nie mam czasu...

po trzecie, poszłam z Julią do kina, bo jest kolejny festiwal filmowy "
cineuropa" z mega dobrymi filami! a po kinie poszłyśmy do do niej do domu... i tak jakoś zleciało... a później umówiłyśmy się z włochami... i tak w 5 zaszaleliśmy... mimo, że była nas tylko 5, to było fajowo!

Piątek :)
Jako, że czwartek zakończył się w piątek o 6 rano, to się w ogóle zastanawiałam czy warto mi się położyć, ale stwierdziłam, że tak.. 3 godziny wystarczyły!
10.30 byłam już na włoski, a po włoski chwilka przerwy, a później...
miało być tak:
12:50 jadę rowerem na autobus na 13:10 (do colegio)
było tak:
12.55 wyruszyłam na rowerze... ale do autobusu nie dojechałam... ponieważ taki chłopak... jak sobie jechałam tym moim wypożyczonym miejskim rowerem... to on... zajechał mi drogę i... więc zahamowałam... bardzo skutecznie - przeleciałam 3 metry do przodu!!
Tłum się zabrał... a jak sobie chwilkę chciałam tam poleżeć... bo na daną chwilę ten środek jezdni taki mi się wygodny wydał... Jedna upierdliwa pani zaczęła do mnie mówić po angielsku... ale niestety z hiszpańskim akcentem... więc nie bardzo ją rozumiałam... i ja mówiłam po hiszpańsku, ale ona uparcie po angielsku... nieważne!
no więc ja mówię, spokojnie nic mi nie jest... zaraz wstanę i jadę do moich dzieciaków do colegio, a oni na to, że nie... że ja muszę do szpitala... i że już ktoś po karetkę zadzwoniła, a ja na to, że ja nie chcę... i się poryczałam! ale to nie zadziałało i i tak karetka po mnie przyjechała...
Zawieźli mnie na sygnale na izbę przyjęć... a tam... Już teraz wiem gdzie się podziewają wszyscy starzy ludzie z Santiago, których w ogóle na ulicach nie widać - są w szpitalu! kolejka ogromna była! Zrobili mi zdjęcia 4 i kazali dalej czekać... po 40 min doszła do mnie dr Małgorzata.. no i jak już ona przyszła... to się trochę rozluźniłam... i tak siedziałyśmy razem sobie i gadałyśmy przez 2 godzinki... aż wreszcie mnie przyjęli, po to by powiedzieć to co ja od razu wiedziałam - że nic mi nie jest!


moje 3 kolana

Doczłapałam do domu, wskoczyłam do łóżka i trochę się zdrzemnęłam, a wieczorkiem...
Kolacja u Maćka!
PIEROGI RUSKIE i Z KAPUSTĄ i GRZYBAMI oraz ROSÓŁ Z LANYMI KLUSKAMI!
Normalnie jak u mamy...
Co tu wiele pisać było pysznieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!

niemiecko włoscy specjaliści od pierogów (jak to oni mówią - perogi - cokolwiek to znaczy ;D)

mimo braku doświadczenia, genialnie sobie radzili!

szefowa kuchni - Gosia (moja dr Małgorzata)

efekt końcowy mniam!

to był mój wkład pracy - wyciąganie gotowych już pierogów!

Ok godziny 1.00 wyruszyliśmy na miasto potańczyć... dla mnie wydawało się, że idziemy wieki... ale śmiesznie było po drodze, więc jakoś dałam radę!

zamiana ról

Hania, Attilio, Kasia, Gosia, Maciek

w rezultacie dotarliśmy do... do domu z basenem, w którym to była wielkaaaaa impreza (głównie erasmusowa) na jakieś 150 osób! było wyśmienicie!! mimo braku całkowitej mobilności wybawiłam się bardzo!!
Niektórzy jak np. Maciek i Olga nawet się wykąpali w tym basenie - nie nie był kryty!!
Jest świetnie - to niesamowite, jak nadal potrafimy się świetnie bawić!!
Uwielbiam to miejsce i tych wspaniałych ludzi - i to wszystko co razem tworzymy!

wtorek, 3 listopada 2009

Halloween...

Bardzo komercyjne święto... nie przepadam, bo do tego niby wszyscy mają się świetnie bawić, a jednak przebierają się (o ile w ogóle) tak jakoś ponuro...
więc ja się przebrałam za folę bąbelkową i cały koszt stroju to 3.80 euro :D
resztę napisze później bo jakieś dziwne błędy mi tu wyskakują!!


całuśnie


w całej okazałości ;)


z choinką zapachową Paula


z panią króliczkową Irlandczykiem

Kurcze nie wiem co się dzieje, ale jakieś dziwne szlaczki mi wyskakują... grrryy...
No więc wieczór wyglądał tak, że poszliśmy najpierw do akademika się 'stroić' :D
Później na domówkę, na której prawie nikogo nie było, a później do Mei potańczyć,(tam sobie Paula zrobiła wielkiego siniaka na uchu - nikt nie wie jak!)
A następnie to ja została sama z Zuzią i zaczęłyśmy się włóczyć po mieście... i tak spotkałyśmy kolegów z naszego kursu hiszpańskiego... jeden z nich był tak pomocny, że wziął moją kurtkę i tak nią zaczął wywijać... że już później nie było w niej kluczy od domu... co niestety zanotowałam dopiero po dotarciu do domu, a zamknięciu klubu...

Otworzyła mi moja współlokatorka... ale klucza do mojego pokoju nie miała... więc do 10 czekałam an właściciela, aż przyniesie klucze zapasowe, śpiąc na krześle przy stole, Zuzia zaś znalazła sobie miejscówkę w wannie z ręcznikami - bez komentarza... także mam nauczkę nie zamykać pokoju na klucz - i chować klucze do kieszeni!!