środa, 28 kwietnia 2010

Feria de Abril - Sevilla

Zacznę od tego iż wczoraj były moje dwudzieste coś tam urodziny! i jako babcia bezdzietna jeszcze spać poszłam po 1 ;)

Poza tym, że mało było chętnych na świętowanie ze mną (całe szczęście), to ja jeszcze w Sevilli siedząc do 3 w nocy w sukienusi na trawie... się rozchorowałam... a że nie mam na to czasu, to nie chcę się za bardzo dobijać i wolę porządnie w piątek poświętować :D

A wczoraj... dzień minął mi w łóżku z aspiryną do 15, następnie zajęcia do 20 i poszłam do kościoła... na przedstawienie! To NIESAMOWITE (w Polsce nie do przyjęcia), żeby w kościele, na przeciw ołtarza tańce nowoczesne się odbywały!
a moim zdaniem genialnie! w końcu sakralna, czy taneczna... Sztuka to sztuka! było fajowo i tańczył Maciek!

Po przed północą poszłam spotkać się z Anitą, która to przywiozła sprawiony sobie przeze mnie prezent z Polski - aparat nowy (tzn używany, ale mam już czym zdjęcia robić al final), pogadałyśmy trochę i hop siup - spać!

A teraz Sevilla!

Typowo hiszpańskie święto, tzn... tydzień świąteczny - zabawa trwała od poniedziałku do niedzieli... nie to co w Polsce od niedzieli do poniedziałku ;P
My zlądowałyśmy dopiero w piątek wieczorem, bo niestety, ale na zajęcia chodzić trzeba!
tak więc od początku!

wyjeżdżamy w czwartek po moim hiszpańskim!
hmm... hiszpański się skończył o 16.30, lało jak niewiemco, więc... po raz pierwszy skorzystałam z komunikacji miejskiej (bo miałam sandałki, a brakowało mi parasola ;)) no i myślałam, że tym samym szybciej do domu dotrę - nic bardziej błędnego!
17 byłam w domu, przyszłam razem z już przyszykowaną Natalią, pół godziny później Paula zlądowała... a ja szybki prysznic, i wielkie pakowanie! z Paulą w jedną walizkę moją się zmieściłyśmy, a śpiwory i ręczniki do jej plecaka dałyśmy. Kanapki gotowe więc w drogę!

już przy wylotówce... Natalia mówi: telefonu zapomniałam... i się zaczęło - ona poszła po tel, a my ;] jeść - Paula lody a ja czipsy :)
wróciła Natalia, doczłapałyśmy do innej wylotówki, po czym ja stwierdziłam, że głodna jestem :) pierwsza kanapka poszła w ruch! Ja skończyłam, Natalia zaczęła, a następnie Paula - zjadłyśmy po kanapce i zmieniłyśmy miejsce wylotówki na drugi koniec miasta!

a tam... jedzenia kanapek ciąg dalszy ;)
zjadłyśmy co miałyśmy, zrobiła się 21 i poszłyśmy... co Carrefour'a po lody i czekoladę ;)
zjadłyśmy i pękate spać poszłyśmy - tzn ja i Paula, bo jak się później okazało, N. do 6 nad ranem (kiedy to wstać by wypadało) seriale oglądała :D

Piątek:
o 8.00 zwarte i gotowe z nowymi kanapkami!
poszłyśmy na wjazd na autostradę, gdzie roboty się odbywają - Pan robotnik uprzejmy dobra rada powiedział, że tu to nieee lepiej tam!

No to poszłyśmy tam, daleko, ale poszłyśmy! i racja tam lepiej było!
pojechałyśmy 50 km za Santiego,
następnie do Ourense, i 50 km za Ourense...
Zostałyśmy wysadzone w jasnej pupie..

mało aut... ale...
konkretnie - 4 samochód jedzie z Panem kierowcą Enrice strasznie niewyraźnie mówiącym - do samej Sewilli :D

Przystanek - miny mówią same za siebie
Natalia, Paula i ja

Dojechałyśmy, bez problemu znalazłyśmy mieszkanie Pauli koleżanki, która to mieszka nad samą Ferią (widok z okna), nie ma jej akurat w Sevilli więc jej pokój był do naszej dyspozycji!
wypindrzyłyśmy się i... poszłyśmy ;)

wesołe miasteczko


w tle casety - czyli takie namioty jak na targach, a w nich flamenco i wino - całe rodziny tańczą!


Paula chciała wejść na drzewo - Natalia jej pomogła ;)

Po przejściu całej ferii, wróciłyśmy do domu po winko... ja zaległa - jako babcia ;) a dziewczyny poszły dalej w tany!

Sobota z rana (czyt. 17 ;)
poszłyśmy zobaczyć ferię za dnia! Pięknie i tak kolorowooooooo!


brama wejściowa - 200 lampek ;)

Spacer - zwiedzanie miasta

bliżej nam nie określony zabytek, ale ładny więc foto ;)

Plaza España - Paula bardzo wczuła się w rytm flamenco ;)



A wieczorkiem, poszłyśmy spotkać się z naszą Santiagowską Agatką, która to siedziała w Sevilli od początku Ferii - a nawet i wcześniej - 10 dni!


ukrywam się!

I znowu noc zleciała... tzn ja się zgubiłam, i jak już dotarłam do domu (bo Sevilla nie jest tak mała jak Santiago) to zasiadłam na schodach i czekałam aż dziewczyny się pojawią - zajęło im to jakieś 2 godziny...

Niedziela:
Znowu spałyśmy długooooooo...
Ja jak już wstałam, martwiąc się o moją kuzynkę Dorotę, (co to z USA 26.04 do Madrytu przyleciała aby przejechać Hiszpanię w 3 tygodnie na rowerze) skorzystałam z komputera co to leżała sobie w salonie...
Znowu się wyszykowałyśmy, dziewczyny też posprawdzały pocztę i takie tam...
i poszłyśmy na spotkanie z Anne, francuską, która mieszka w Sevilli, a poznałam ją w Valencji na Las Fallas.
Dzwoni telefon do Pauli - współlokatorka mieszkania w którym się zatrzymałyśmy - łaaaaaaaa używałyście mojego komputera, bez pytania to strasznie niegrzeczne - pogadamy jak wrócicie...

No i się zaczęło... przez 2 godziny ustalałyśmy wersję wspólną zeznań - prawdziwą!!!
wymyślałyśmy co nam może zrobić, itp... wpadamy do domu (ociągałyśmy się strasznie)... a ona mówi: nie chcę słuchać Waszych wyjaśnień - proszę opuścić moje mieszkanie
Tak więc spakowałyśmy się i out!

Przygarnęli nas znajomi Agaty, więc zamiast oglądać zakończenie Ferii, to 3 godziny maszerowałyśmy do nich na drugi koniec miasta!

Jak już doszłyśmy, zgarnęłyśmy bluzy i do parku na winko ;)
siedzieliśmy chyba ze 3 godziny grając w Sabotaż - śmieszna gra... ale ja trochę zmarzłam w sukience bez rajstop....

po powrocie do domu, wszyscy poszli spać, a my stwierdziłyśmy, że bez sensu na 1,5h, więc serial sobie włączyłyśmy, tyle, że dziewczyny zasnęły a ja nie, zrobiłam kanapki, spakowałam się, wymyłam... i je obudziłam!

Po 8 byłyśmy już na wylotówce... tym razem nie było to 11 godzin... ale 16...
jechałyśmy kawałeczkami, a najbardziej podobała mi się 60 letnia babcia, która to właśnie z Ferii wracała z tańców swoim nowym samochodem (miesiąc i już 3000 km na liczniku :) - taka mogę być na starość :DDDDDD

Na koniec laski się zestresowały i Paula mówi... licho... a ja spoko = mamy jeszcze 1,5 h (do 21.30 - do zachodu słońca), ona na to: a co o 21.30? ja: będziemy w samochodzie wiozącym nas do Santiago!

godzina 20 coś tam... wysadza nas Babcia w ciemnej pupie - tzn na autostradzie którą jeżdżą tylko same TiRy prawie - a że my 3 to nas nie zabierają, za to policja nas zabiera :D
i wysadza na krajowe - bo na autostradzie zakaz...
Na krajowej - NIC A NIC... ale tak po pare kilometrów, aż wreszcie docieramy do stacji benzynowej koło autostrady... 21.00... nic...

przechodzimy na drugą str autostrady - na inną stację - nic... 21.10 machamy pany z osobowego kartką z napisem Galicja - on kiwa głową, że tak... biegniemy za nim...
A NIE MÓWIŁAM!!!!

21.25 siedzimy w Samochodzie wiozącym nas prosto do Santiago ;)
23.57 byłam w domku z lekkim bólem gardła... a tam już po północy czekała na mnie przesyłka-prezent od mamuśki - z pięknymi życzeniami urodzinowymi :*

Dziękuję za milusią wyprawę :*

niedziela, 11 kwietnia 2010

punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia...

Cóż... jestem w trudnej sytuacji pisząc teraz...
Dzień historycznej tragedii (myślę, że nie tylko Polski, ale i Europy), zginęła ogromna reprezentacja Kraju...
a ja... ja pojechałam na plażę, a co mam robić - smutek smutkiem... ale nie można się zamartwiać - nic to nie zmieni!
Hołd wszystkim ofiarom katastrofy!

A tymczasem moje życie toczy się dalej, korzystam z wiosny (lata) i najwspanialszych chwil w moim życiu!

Kilka zmian nastąpiło... ale o tym w kolejnym wpisie - ze świąt (czekam na zdjęcia)
A tu w Santiago - słonko od poniedziałku bez przerwy świecie (tzn. we wtorek chwilkę padało), a później... od czwartku... LATO!!!!!!!!!!

Więc w czwartek i w piątek po zajęciach udałam się do parku, a tam... tłumy... ;] cudownie, życie beztroskie, bez problemów, ze słońcem i znajomymi.
Nawet nauka jakaś taka miła się robiła!
na wygłupy też był czas - zrobiliśmy piramidę - najpierw kobitki u góry - a później, wzięliśmy panów na swoje barko-plecy :D


ja u góry :D

Od początku... w poniedziałek - pierwszy prawdziwie wiosenny dzień pojechali sobie ode mnie... (o tym kolejny wpis) i smutno strasznie mi było... poza tym, że się nagle cicho zrobiło i nie wesoło, to jeszcze z perspektywą zajęć od wtorku... od rana do nocy...
Wiec miałam w poniedziałek - tak jakby depresję powyjazdową, a we wtorek do roboty...
ale nie było tak strasznie jak myślałam, że będzie!
Tu zajęcia skrócone, tu odwołane, z jednych rezygnuję... więc jakoś to ogarnę ;)
w środę tak samo, a czwartek po zajęciach poszłam do parku i było bajecznie, jak w raju, brakowało tylko plaży! Czułam się jak takie małe dziecko, bez problemów, obowiązków, bawiące się ze znajomymi... nawet z przyjemnością poczytałam notatki na zajęcia z matematyki! o!

W piątek pojechałam do przedszkola i znowu było słodko ;) ale na obiad zjadłam pół tortilli z ziemniaków - była przepyszna... ale ja się nażarłam!
Z przedszkola wróciłam wcześniej niż normalnie, poszłam znowu do Banovalu (prześliczny park)
i znowu było wesoło!
Tym razem na koniec Marta (Katalonka) powiedziała, że ma ochotę się wykąpać i czy nie chcę iść z nią nad rzekę - poszłam - jejjjjjjjjjuuuuuuuuuuuuuuuuu jak tam bajecznie - brak słów!!
Nie wiedziałam, że w Santiago są takie cudowne miejsca! CUDNIE - odkryłam miasto z innej strony i pokochałam je jeszcze bardziej! Zaś Marta... się wykąpała! uuubrryyyy...

Wieczorkiem poszłam do Marysi i Hani, było sporo osób więc pograliśmy w Mafię - śmichu było a było! po grze ja poszłam do domu... bo brzuś z obżarstwa bolał!

Sobota... smutna wiadomość z rana... ale ja nic na to nie poradzę więc na plażę z Martą, Natalią i Angelą stopem pojechałyśmy - reszta autobusem! frajerzy ;) 6 euro każdy zapłacił!

Z Natalią zlądowałyśmy najpierw na malutkiej i malowniczej plaży - gorąco jak nie wiem co!
Później Marta napisała, że są na innej oddalonej o 12 km od naszej - pojechałyśmy - a tam raj!
pięknie cudownie wspaniale - znowu mi przymiotników brakuje!










z Gianluką i Attilio w koszulce FCB ;)

Jeszcze w sumie nie poleżałam porządnie na plaży - trochę na tej pierwsze - później przeprowadzka na 2 plażę, spacer po górce z dziwnie ułożonymi kamieniami... spotkaliśmy chłopaków... i ja już czułam, że mnie plecy pieką...
No i jak już doszliśmy na plażę docelową... nie było Marty z kremem do opalania, bo właśnie poszła na górę... ehh... położyłam się i przykryłam plecy... to jednak za dużo nie dało - bo już była 17...
tak więc dziś - pieką mnie plecy i barki! jestem buraczkiem, i coś czuję że skóry się niedługo pozbędę... ale już nie jestem trupim bladziochem!
Było cudownie - uwielbiam takie dni - na spokojnie, bez stresu... no może w myślach wyobrażałam sobie co się dzieje w Polsce... a to nawet teraz do mnie nie dociera... :(

Ehh po plaży - szybki prysznic i na mecz... na 2 połowę meczu - FC Barcelona - Real Madryt!
Barca wygrała 2-0 na stadionie Madrytu! się działo! a piłkarze uczcili minutą ciszy ofiary polskiej katastrofy - miły gest!

Dziś... dzień z dala od słonka - tzn popatrzyłam sobie na nie z okna... spałam dużo... w katedrze na mszy byłam...

Nie chce mi się nic... a mgr ruszyć trzeba... życie na Erasmusie ze słońcem... rozleniwia!
eehh... biorę się do roboty!

poniedziałek, 29 marca 2010

Powroty...


Prysznic... bo było megaaaaaaa gorąco - mogłabym powiedzieć, że to lato a nie wiosna! pakowanie i let's go autostop... no i zaczęło padać, zmarzłyśmy, ale wreszcie stopa złapałyśmy... kolega o imieniu bliżej nam nie znanym... zabrał nas do... kina! Avatar w 3D za darmo był, niestety później zamiast do Madrytu (tak jak mówił na początku) zabrał nas bo miasteczka oddalonego od stolicy zaledwie o 250km!!!!! Ale po wielkich przebojach i różnych dziwnych atrakcjach, jak np. gra w miejscowym barze w bingo, mogłyśmy u niego w domu przenocować, choć jego mama... nie była zbyt uradowana...

O 9.15 wyruszyłyśmy w dalszą podróż... wioska życiem o tej porze nie tętniła, ale jakoś nam się udało załapać podwiezienie na wylotówkę. A tam Gosia... ojjj nie wykazała się, tzn. marudziła jak zwykle, i już nawet na to uwagi nei zwracałam za bardzo, ale po prostu się obijała i stopa nie łapała! nieważne, bo w końcu się ktoś zatrzymał - o dziwo był to TiR - na autostradzie stanął sobie bez większego problemu... ale wysadził nas znowu na autostradzie 60 km dalej... stamtąd zabrała na policja drogowa :D Panowie byli bardzo mili i podwieźli nas na stację benzynową, a tam hmm... porsche z Panią babcią i 2 wnukami zawiozło nas do Madrytu :D

I tu niestety... Gosia nieładnie bardzo postąpiła, inaczej się umawiałyśmy a inaczej zrobiła... postanowiła, że wraca autobusem lub pociągiem... Team się rozpadł, wiara upadła... idea odeszła razem z zimą w niepamięć, a ja.. ja się sama na sobie zawiodłam, bo myślałam, że taka sytuacja + niemoc już na mnie nie działają, niestety nadal nerwy w sytuacjach stresowych biorą górę, a szkoda - trzeba nad tym dalej pracować.

Wracając do biletów... Gosia pojechała na stację kupić bilet na autobus... a ja dalej łapać stopa... choć ze smutku i trochę z odpowiedzialności nie bardzo mi szło... a poza tym to centrum miasta... a ja nie byłam do końca przekonana czy sama chcę jechać tak daleko... wreszcie zostałam podwieziona... na stację wylotówkę, która to była blisko pkp... No i się skusiła, bo do tego ciemno się zaczęło robić... Zadzwoniłam do Gośki, żeby mi bilet kupiła również... ale... nie było - jej był ostatni, została tylko kuszetka za 62 euro... boszzzzz co za ceny!
Więc znowu wycieczkę metrem sobie zrobiłam i na stację autobusową... i tam po 2,5h od podjęcia decyzji, że nie jadę stopem wreszcie bilet zakupiła, na 0.30 (w Santiago o 9.00) za jedyne 33 euro - ja nie wiem jak ja wyżyję... zostało mi 600 euro... i tyle też za samo mieszkanie musze zapłacić do końca lipca...
Chyba trzeba będzie pracę znaleźć.. tylko kiedy ??!!??

Tak więc podsumowując:
Podróż zaczęła się średnio - zapomniałam kurtki, było zimno, z Brukseli widziałam tylko lotnisko, z Martą się nie dograłyśmy, tak jak bym tego chciała.
Środek był cudowny - przyleciała Agatka, Paryż był piękny, zrobiło się ciepło, miałyśmy fajowych couchów, później świetne las fallas, Walencja przeze mnie nei ogarnięta, ale pokochana (ja tam jeszcze kiedyś wrócę i zamieszkam na trochę ;).
Koniec - fatalny - obolałe nogi, cera fatalna, zgubiony aparat, konflikt z Gosią, i zamiast stopem wracam autobusem... porażka.

Ale dużo się znowu nauczyłam podczas tej wyprawy - tak tak - podróże kształcą - a to bardzo ważne...

lecę na autobus - bo już mam dość Madrytu!!!!!!!!

ehh.. droga była fatalna... było mi gorąco... a z rana.. do przedszkola iść musiałam... ale wreszcie w moim kochanym Santiago!

Las faLLas

Walencjo, nadeszłam!
Z lotniska stopem do miasteczka pod Walencją, a tam już pociągiem za 3 euro, więc źle nie było!
Z dworca odebrał mnie David (mój host), razem z nim poszłam zobaczyć się z Gosią, Martą i Włochami... i w tym momencie... zrobiło mi się super miło! ale to super!
Wszyscy na mój widok bardzo się ucieszyli, no a ja na ich widok ;) stęskniłam się za nimi.
Wzięliśmy Gosi bagaż i poszliśmy do nas do domu, a następnie wróciliśmy do Włochów na kolacje i na sztuczne ognie - były pięknie - mimo, że był to dopiero początek fallas.

Z rana (południa ;P) poszłyśmy na zwiedzanie i oglądanie fallas... i ku mojemu zaskoczeniu - były niesamowicie piękne i duże, oraz dużo!
Każda dzielnica (czasem nawet ulica) miała swoją dużą falle, związaną z minionym rokiem, (z resztą robiona przez cały rok), a do tego małą falle tzw. 'dziecięcą'. Kiedyś było to palenie jakiś resztek po zimie. Przy fallach stały namioty, w których dumni ich konstruktorzy spędzali miło czas - jak na takim polskim festynie ;)



Poza tym - niesamowicie się czuła, bo była taka piękna wiosna, Walencja taka śliczna, aż żyć się chciało, a do tego... widok bawiących się Hiszpanów - to czego brakuje polakom - nie potrafimy się bawić, i być z tego dumnymi! a szkoda!

Co chwilę słychać było petardy, tak jak w sylwestra, po jakimś czasie się przyzwyczaiłam... ale o pewnych godzinach odpalana była tzw. 'mascleta' czyli wielki zestaw petard! wielkie huki trwające ponad 15 min, na jedną taką z Gośką trafiłyśmy całkiem przypadkiem - fajne uczucie.
Wszystko się trzęsło dookoła, a ja musiała uszy zatknąć!
A co ważne, po każdym takim 'pokazie' raz sprzątali, także na ulicach brudu nie było.


Poza powalającymi fallami, fajerwerkami i petardami... była Maryja z kwiatów... ale żeby powstała Maryja z kwiatów, należy zebrać kwiaty, jak?
Przepiękne "Falle" je przynosiły w procesjach. Każda dzielnica i małe miasteczka z okolic Walencji miały wyznaczoną godzinę i przechodziły sie pięknie przebrane i uczesane ulicami miasta wraz ze swoją orkiestrą. Wzroki od ślicznych sukienek nie można było oderwać - normalnie jakby się cofnąć o kilkaset lat... każda za ok 2000 euro... widok bezcenny ;)


Każda z księżniczek miała swoją królową, która szła sama w środku pochodu i niosła inne kwiaty niż każda inna. A jak już doszedł taki pochód na plac pod Katedrą, to zostawiali kwiaty, a panowie układali je starannie na wielkim rusztowaniu Maryi. Ułożenie jej zajęło im 2 dni!



Jako, że Walencja jest dużoo oo większa niż moje kochane Santiago, to się nałaziłyśmyyyyyyyy... nie pamiętam kiedy ostatnio mnie tak stopy bolały, czułam każdą kosteczkę śródstopia i pięty!

Kolejnego dnia poszłyśmy na wystawę do IVAM (muzeum sztuki współczesnej), ale zanim tam doszłyśmy... to znowu nam nogi poodpadały... ale WARTO było. Nadal uważam, że to jedno z lepszych muzeów w jakim byłam!

W drodze powrotnej... niespodziewanka... balony!!!!!!!!!! i można się było nimi przelecieć JUPIIII, ale niestety my się nie załapałyśmy :(
ale.. dnia kolejnego mi się to udało!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! kocham latanie ;) a w balonie to dopiero było wyzwanie!!! ja nie wiem jak to niby możliwe, że moim zodiakalnym żywiołem jest ziemia, skoro jak tak bardzo lubię latać ;)

Co do fiesty... pierwszej nocy odpoczywałyśmy, drugiej szukałyśmy włochów, a jak już znalazłyśmy to poszłyśmy do jakiegoś mieszkania na domówkę, po czym Gosia poszła do domu, a ja na tańca - ojjjj dawno się tak nie bawiłam!
W czwartek zrobił nam kolumbijską kolację David - zupa z juką i bananem, oraz kurczakiem - dobra!!!!

a ok północy poszliśmy na pokaz fajerwerków - gdyby nie dym, który niestety zamiast odlatywać, to się unosił i zasłaniał wszystko, to byłby to jeden z lepszych pokazów ;)

przed

w trakcie

po


El ultimo dia (dzień ostatni)
Piątek... ostatni dzień fallas.
Tym razem poszłyśmy (udało nam się wstać ;P) na największą mascletę.. niestety poza tłumem i parasolami nic nie było widać, za to słychać i czuć... było bardzoooooo mocno!
Po hukach i wystrzałach, poszłyśmy zobaczyć zrobioną już Maryjkę kwiatową oraz na krótki spacer i do domu na malutki odpoczynek... po przejściu 4,5 km samej drogi powrotnej do domu... pocałowałyśmy klamkę gryyyy...
Ja szybko wróciłam na lot balonem, a Gosia jeszcze została, po czym po jakimś czasie do mnie dołączyła. Ja miałam miły spacer w parku, który powstał w wyschniętym korycie Turii (zmienili jej bieg po wielkiej powodzi w 1958r.) Fajnie zagospodarowane miejsce!
Po balonie poszłyśmy na paradę ognia - miejscówka dość dobra, choć nieidealna!
Po kolejnych 4,5 km drogi powrotnej czekał na nas francuski kisz - tym razem przygotowany przez Anę - jedną z CS również. Był pyszny!


No i znowu ponad 4 km aby zobaczyć 'cemá de la falla' co to cemá?
A kremacja coś Wam mówi? no więc cemá jest to zwyczajne palenie pięknych fallas (nie tych żywych księżniczek oczywiście ;))
Znowu był tłum, ale tym razem postarałam się o przepchanie do przodu... oczekiwanie było długie, efekt powalający, a uczucia moje... chyba było mi trochę smutno, że tak wszystkie te piękne konstrukcje zwyczajnie w świecie poszły z dymem... ale tak tradycja - i to się chwali...
Bo co? bo nasz tradycja to topienie marzanny i już - a nie tygodniowa świetna zabawa!



Po wszystkim David, Ana i Gosia wrócili do domu, a ja z Włochami w tany... i tak się dobrze bawiłam, że aparat zgubiłam... :( mój kochany aparacik...
Był w kieszeni, a później go już nie było... i nie wiem w sumie czy wypadł z własnej woli czy ktoś mu pomógł się z niej wydostać... szukaliśmy, ale znaleźliśmy tylko 7 groszy i 1 funta... co niestety ani na nowy aparat nie wystarczy ani zdjęć z kremacji nie zastąpi :(
Ale przynajmniej jest motywacja do zakupu nowego... bo ten... już ledwo zipał... poobijany, porysowany, wyświetlacz miał jakieś dziwne plany, a baterie - działały tylko jak się na nie... nachuchało ;)
Więc mimo, że piękny aparat dobrych zdjęć nie robi, a mój był brzydki i robił... to chyba w sumie się cieszę, że już go nie mam, bo czas na wiosenne porządki i odnowienie asortymentu... a właśnie... spodnie muszę kupić, bo przez ostatni miesiąc przetarły mi się 3 pary w kroku...
Czyli dieta od poniedziałku for sure!

Z tańców wróciłam o 7.30, i to i tak dzięki Stefano, bo gdyby nie on... naprowadzający mnie na dobry kierunek (i odprowadzający mnie do domu przez jakieś 6 km...) to bym chyba w ogóle nie ogarnęła.
Chwilka snu i wróciłam do klubu poszukać mojego aparatu, ale poza 2,5 godzinnym spacerem nic nie wskórałam - klub był zamknięty... aparatu nie mam!

wtorek, 23 marca 2010

Paryża ciąg dalszy!

Już we 3 udałyśmy się do Luwru - ogromniaste muzeum, ale jakoś szału nie robi :( nawet się śmiałyśmy, że dobrze, że za darmo było ;)

w Luwrze pod wiszącą szklana piramidą

3 Nike - 1 z Samotraki, 1 z Gdańska i 1 z Bydgoszczy ;)


Jak to Agatka ujęła:
fota obrazująca nasze 3 skrajne charaktery!


A po Luwrze poszłyśmy spacerkiem (zajęło nam to godzinę) pod wieżę Eiffla, zobaczyć ją oświetloną nocą! Super widokiiiiiiiii!
a o pełnej godzinie dodatkowo ślicznie mruga!


Japońskie turystki ;P
7 stolic Europy w 7 dni... oni tak robią - dla nas to NIEMOŻLIWE!


aaa zapomniałam dodać, że Agatka przywiozła mi kurtkę narciarską - więc cieplutko mi już było... ale i tak przez taki długi spacer zmarzłyśmy trochę, i jadąc już metrem do chłopaków naszych... dostałyśmy od jednego smsa, ze lepiej będzie jak wrócimy godzinę później ... więc pojechałyśmy do końca metrem, i wróciłyśmy i znowu pojechałyśmy w kierunku domu ;] tak więc zrobiłyśmy sobie tripa metrowego!
A w domu... bardzo sympatyczne chłopaki, więc siedzieliśmy i gadaliśmy chyba do 2 w nocy!! było bardzo milusio!

Pobudka z rana nam nie wyszła ;P
Więc się rozdzieliłyśmy, żeby nie tracić czasu - Marta pojechała spotkać się ze swoją koleżanką, a ja z Agatką poszłyśmy do muzeum Orsay - genialne!
o 16.oo miałyśmy się spotkać z Martą pod muzeum historii naturalnej... ale mi się tel rozładował, więc dałam radę tylko przeczytać wiadomość od Marty, że nie zdąży, i żebyśmy sie później spotkały... niestety nie miałam jej jak odpisać, a Agatka ma simlocka na swoim tel, więc zamienić też nie mogłam...
Pojechałyśmy więc na Sacre cour i na plac Pigall licząc na to że może tam spotkamy Martę...


jedna ze stacji metra nazwana jest na moją cześć :D

niestety nie spotkałyśmy... więc postanowiłyśmy wrócić do domu aby podładować tel i zadzwonić do Marty, aby się nie martwiła...
Niestety ona nie odbierała i teraz to my się zaczęłyśmy martwić na poważnie...
W domu impreza, a Marty nie ma... wreszcie o 22 się odezwała, że jeszcze zwiedza i niedługo wróci - w rezultacie wróciła po skończonej imprezie ok 2.oo...

A samo party - było wesoło - tańczyła tylko Agatka z Ralfem (jednym z naszych hostów), czasem ja do nich dołączyłam! W salonie zamiast TV mają projektor prosto na ścianę - więc do muzyki leciały wizualizacje - bardzo fajny efekt! poza tańcami poskakaliśmy trochę na skakance ;)
I ogólnie całkiem udana impreza!

zabawy moim aparatem w kolor czerwony + wizualizacje na ścianie

a tu kolor niebieski

poskakaliśmy też w 4 na jednej skakance ;)

Kolejnego dnia - Marta już wracała do domu, a my dalej na zwiedzanie! Zrobiło się cieplej i słonecznie do tego!
Pospacerowałyśmy sobie po parku i powdychałyśmy pierwsze zapachy wiosny.

Następnie na 14.30 pojechałyśmy do Katedry Notre Dame, po której to oprowadziła nas Karolina - niestety była nieusatysfakcjonowana, ponieważ zamknęli właśnie o 14.30 jedną z naw i coś tam jeszcze i nie mogła nam wszystkiego pokazać - ale i tak było bardzo interesująco! Dzięki Smajlerku!
Dalej spacerowałyśmy, zjadłyśmy też obiad - czyli dla odmiany bagietkę ;)
wróciłyśmy do domu się ugrzać (bo godzinka słuchania pod katedrą spowodowała lekkie nasze wyziębienie), i w sumie nawet chciałyśmy pojechać jeszcze do miasta.. ale jakoś nam nie wyszło ;P
Zostałyśmy więc w domku, zrobiłyśmy naleśniki z nutellą, zjadłyśmy je na "stole" w kuchni (pralce).


Ja się zdrzemnęłam, a jak już wszyscy byli w domu to obejrzeliśmy sobie film - Yes man! bardzo pozytywny - z motywem przewodnim - zmień nastawienie na Tak!
Pograłyśmy też w Play Station - oczywiście ze wszystkimi przegrałam ;)
Pogadaliśmy i spać poszliśmy, bo przecież rano trzeba wstać i pozwiedzać ;P

Oczywiście rano nam się wstać nie udało - wstałyśmy jak zawsze po 9.30.
Pojechałyśmy (w moim przypadku po raz kolejny) do pompidu, to nas natchnęło do zrobienia zdjęć ala film stop klatka - wyszło całkiem wesoło i interesująco ;]

To niesamowite jak dobrze mi się zwiedza i w ogóle podróżuje z Agatką i z Romą (w końcu to moje najlepsze bratnie dusze!) po prostu rozumiemy się bez słów w każdym aspekcie!
Smutno mi, że już sobie pojechałam od Agatki, i bardzo stęskniłam się za Romą, nie widziałyśmy się od sierpnia... :( brakuje mi też bardzo wesołych rozmów z Alinką :* oraz mega energii Owcy ;*

Wracając do Paryża - włóczyłyśmy się po uliczkach miasta czerpiąc energii z jego serca, a nie tylko typowo turystycznych miejsc, podziwiałyśmy śliczne balkoniki, nasłuchiwałyśmy śpiewu ptaków, i uśmiechałyśmy się do wszystkich - cudownie jest być zwyczajnie szczęśliwą osobą i dzielić się tym szczęściem z innymi ;)
Pojechałyśmy też na obiad, ale za wcześnie, bo stołówka była jeszcze zamknięta, więc poszłyśmy zwiedzić panteon, ale był już zamknięty (spóźniłyśmy się jakieś 2 minuty), powłóczyłyśmy się więc znowu na obiad - był pyszny.

Po obiadku pojechałyśmy (ja po raz 2) do dzielnicy La Denense - było inaczej niż jak ostatnio byłam z Martą, więcej też zobaczyłyśmy. W sumie stwierdziłyśmy, że 5 dni wystarczy na poznanie Paryża, tym bardziej w terminie nie turystyczny!
Szybciutko do domku, chciałyśmy się odświeżyć, ale tak długo zajął nam dojazd, że z powrotem musiałyśmy jechać do miasta bo...

Hilton Paris ;)

Yes man!


bo umówiłyśmy się z Alexem i Raphem (naszymi hostami z CS) na zwiedzanie Paryża na motorach "Paris by night". Było FENOMENALNIE! Kilka godzin wcześniej myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy w Paryżu, że już wszystko widziałam, ale... bardzo się pomyliłam!
Paryż nocą w perspektywy motoru jest prześliczny!!!
Chłopacy spisali się na medal - to chyba moim ulubieni couchsurfingowcy!

Wracaliśmy na wyścig... niestety Agata z Raphem wygrali, tzn. niestety ja z Alexem przegraliśmy ;)
ale to dlatego, że Raph ma motor, (na którym nie było mi dane się przejechać, bo... bo była operacja pod kryptonimem 'obrona Agaty' (no kochana już tęsknie za Twoim zalotnym spojrzeniem ;]) a Alex... Vespa skuterek ;) bardzo wesolutki!


Z Alexem na Vespie
Rozgrzaliśmy się troszkę i... i zrobiliśmy sobie taką prawie profesjonalną degustację wina... na pralce :D
2 wąchania, sprawdzanie łzy, degustacja, liczenie sekund, i picie!
Agacie tak się spodobało... że po 1 kieliszku... była wstawiona i bardzo wesolutka, tyle, że jak normalnie alkohol podnosi umiejętności mówienia obcymi językami, tak w jej przypadku zatraciła ona umiejętność mówienia nawet po polsku ;) było przez to megaaaaaaaaaa wesoło!
A jak już poszła sobie spać, to ja jeszcze plotkowałam z chłopakami - ehh.. za nimi też będę trochę tęsknić!

Rano jak zwykle wstałyśmy za późno... i zanim się ogarnęłyśmy i dojechałyśmy na stołówkę... to musiałam już jechać na autobus na lotnisko... więc zamiast obiadu zjadłam - dla odmiany bagietkę :P

A na autobus... prawie się spóźniłam, ale jak to ja zawsze mam szczęście :D
biegłam z metra, a Agata z moją walizą się toczyła! Kupiłam bilet i zatrzymałam już odjeżdżający autobus, Pan był miły i poczekał aż moja walizka przyjdzie - dzięki Tkaczyk :*

No i jak już wspominałam... smutno mi było wyjechać z Paryża i od Agatki i nie do Polski i nawet nie do Santiago...
ehh... chyba muszę sobie zrobić miesiąc wakacji od wakacji - po prostu nie podróżować przez 30 dni... ale czy w moim przypadku to możliwe?? ;>

Walencjo - nadchodzę!!!!!!!!!!!!!!