sobota, 27 lutego 2010

Nivel rojo...

Nivel rojo: El riesgo meteorológico es extremo (fenómenos meteorológicos no habituales de intensidad excepcional).

Kolor (poziom) czerwony: ryzyko meterologiczne jest ekstremalne (fenomen niezwykłych zjawisk pogodowych o wyjątkowej intensywności)

Tak więc z domu nie wychodzę, choć za oknem wcale nie wygląda groźnie... ale że ludzi nie widać to też nie wiem, czy jest wiatr czy go nie ma... i czy się w ogóle da iść...
Nie wiem również co się działo od 12 (od rozpoczęcia alarmu) bo spałam :D

Miał być super huragan, a jak zwykle - tylko pada deszcz...

tak wyglądał prawie każdy śmietki w tym tygodniu...
Nawet Irlandczycy mówią, że już nigdy więcej nie będą narzekać na swój ojczysty deszczyk

system szafek na parasole, jak na torby w supermarkecie...
Po 1. wkłada się parasol w specjalny worek, żeby nie kapało (zaznaczone w kółku)
Po 2. odkłada się go albo do pojemnika (na zdjęciu po lewej), albo w boks z zamkiem i zabiera się kluczyk!

Ale oczywiście plusy wielkie też są - to kwitnące drzewa cały rok!!!!!!!!!!!!


O kurde.... to chyba coś poważnego... koleżanka z Coruni miała przyjechać... ale pociągi nie jeżdżą... autobusy również... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa jestem odcięta od świataaaaaaaaaaaaaaa....

piątek, 26 lutego 2010

Maroko - zrobione!

Wszystko poniżej ładnie uzupełnione!
z mały opóźnieniem... ale jest...
teraz pozostaje mi tylko napisać zaległą notatkę z grudniowych nart :D

czwartek, 25 lutego 2010

obiecanki cacanki ;P

dziś nic nie napiszę o Maroku tak jak po południu obiecałam, bo obiecanki cacanki ;P
a tak na poważnie - idę pożegnać 4 włochów - jadą do domu... ;(((((((((((((
będziemy płakać....
a wcześnie nie mogłam nic pisać... bo czytałam o wolontariatach we Włoszech, żeby dobry projekt wybrać i takie tam... sprawy organizacyjno inne związane z moją kolejną wyprawą...
może jutro ;)

Jejuuu mam wrażenie, że tłumacze się do monitora... gryyyyyyyyyyyy
:*

środa, 24 lutego 2010

%&(*^&%$^%)@*^

Pada... od momentu kiedy zlądowaliśmy po Maroku do Santiago - ciągle PADA... czasem jest mała przerwa, ale wtedy LEJE... wiecie tak jak na filmach z jakiejś sikawki leją i widać, że to sztuczny deszcz... tak właśnie tu pada... naprawdziwo! Pada tak, że zastanawiam się nad zakupem parasola za 11 euro - czyli to już nie przelewki ;)

Miałam małe smutki przez dni 3 ostatnie... tęskno mi za nartami, włoskie organizacje marnie odpisuję, a jak już odpiszą, że chętnie mnie przygarną... to z informacją, że od lipca... buuu...
jeszcze jest kilka innych smutasków, ale... ale dziś mi minęło!
Wczoraj wpadłam w wir pracy - wysyłałam dalej maile do Włoch, pomagałam mamie w angielskim - (jejjuuu ile ona ma zaparcia do nauki - podziwiam), a dziś nawet jak szłam pod swoją zdezelowaną parasolką, to się buzia do kropel deszczu uśmiechała!
Znowu się nie wyrabiam z tym co zapisuję, że mam do zrobienia - i to własnie lubię ;)

Nie wiem jak wy... ale dla mnie największym wynalazkiem ludzkości jest papier z pismem (można na małych karteczkach zapisywać co ma się zrobić - bez tego nie byłabym w stanie wyjść z domu - bo pewnie bym zapomniała ;P)
następnie internet wraz z komputerem (w razie braku papieru tam można wszystko zapisać ;)
a poza tym... NIE WYOBRAŻAM sobie teraz życia bez internetu, ciągle coś piszę, załatwia, rozmawiam... jejjuuu jakie to uzależniające!
3 moim ulubionym wynalazkiem jest samolot - można skakać ze spadochronem z niego ;)
jak również... podróżować tanio i szybko! Kolejna wyprawa już za tydzień - jupiiiiii!!!!!!
No i w sumie najważniejszy, bo bez niego w/w by nie były dostępne - prąd... ale jego wagę dla ludzkości to sami znacie!

no to ja lecę dalej na zajęcia (z koloru - fajowe), później wysłać podania na AWFiS, żeby mnie ze studiów nie wywalili, albo na licencjat nie przenieśli... ehhh... biurokracja moja ukochana!

A wieczorkiem uzupełnię wpisy z Maroka (chciałam to zrobić teraz - ale zapomniałam kartusi na której miałam w skrócie wszystko zapisane ;P)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Marko - dzień 6 i 7.

15.o2

Wstałam z rana z wielkim trudem, ale jak trzeba to trzeba... dziewczyny też nie narzekały i ładnie wstały!
Poszłyśmy na śniadanie na taras... i z większą ulgą opuszczałyśmy Marakasz - ponieważ... padał deszcz...
Wyszłyśmy z Jamal Fna, i z piękną kartką z napisem CASA BLANCA zaczęłyśmy łapać stopa... ale... ciągle się taxi zatrzymywały... więc poszłyśmy dalej no i... miła pani się zatrzymała, coś tam po włosku zaczęłam z nią gadać... ale biedaczka nie zauważyła, że jedziemy do Casablanki, myślała tylko, że do casa - a casa po włoski u hiszpańsku to dom... no i na dworzec nas podwiozła :D
Później Pan i Pani na 2 etapy na autostradę nas dowieźli, a tam po minutce zatrzymuje się tzw 'wypasione' BMW... pan lekarz, który mówił dość dobrze po angielsku zawiózł nas na miejsce, po drodze nawet pizze kupił!
Wysadziła nas przy plaży, i na 2 godzinki nas tam zostawił z informacją, że o 16.30 znowu po nas przyjedzie i zawiezie do centrum! Super!

Plaża... najbrzydsza jaką w życiu widziałam, ale... woda jak na tą porę roku - ciepła :D


Buty w ręku trzymałam, żeby mi ich nie zamoczyło... więc co zalało mi je zupełnie jak przysiadłyśmy na chwilę :D
Suszyły się na megaaaaaaaaaaaaaaa wietrze, czasem słońcu.. i trochę wyschły...
Piach miałyśmy wszędzie... bo wiało strasznie... ale ciepło miło było!

Później z naszym doktorkiem pojechałyśmy na herbatkę... i się zaczęło... Pan doktorek usilnie zaczął nas przekonywać, jaka to jego wiara jest dobra i o ile lepsza od naszej... nawet pojechaliśmy z nim po jakąś książkę... ale księgarnia była zamknięta...
W między czasie znalazła się Paula z Maćkiem i już razem pojechaliśmy na dworzec - tym razem można było płacić kartą - jupiiiiiiiiiiii!

Całą noc w pociągu - tym razem motywem przewodnim rozmów były pieczątki :D pozdrowionka dla Moni :DDDDDDDDDDD

A w Nadorze się okazało, że poprzedni Nador to centrum nie było i tak naprawdę to tam się nawet spore życie toczy w tej mieścinie!
A przede wszystkim było... ciepło!!!!!!!!!

Pochodziliśmy sobie trochę, zjadłyśmy pyszny i tani obiad... i czas było ruszać na lotnisko, tam jeszcze zrobiliśmy wielkie przepakowanie i szukaliśmy czy czasem ktoś nam czegoś nie dorzucił do bagażu... lot zleciał szybko i z fajnymi widokami...

Wycieczka Madryt-Nador-Fes-Marakesz-Casablanca-Nador-Madryt - oficjalnie UDANA!

W Madrycie, zamiast wyjść z Carlosem na śledzikowe ostatki... poszłyśmy spać... każda z nas czuła się trochę chora... a deszcz padał strasznie...
Dnia 17.02 Monia poleciała do Alicante, a ja z Gośką do domu... do Santiago...
było miło ale się skończyło i czas wrócić do życia (normalnym to go nie nazwę, bo to w końcu życie na Erasmusie, ale...) europejskiego ;P

Maroko - dzień 4 i 5.

14.02

Marakesz - miasto tysiąca zapachów (nie tylko tych ładnych :D), z widokiem na ośnieżone góry, i niestety bardzo turystyczne!

Wstałyśmy rano, wyspane i radosne bo słonko świeciło, wychodzimy z pokoju... a tu wielkie suszenie 'czystej' pościeli ;)

Następnie poszłyśmy sobie na śniadanko na dach hotelu, z pięknym widokiem za 2 euro:
sok ze świeżych pomarańczy, herbatka, naleśnik, chlebek, masło, dżem i miodzio - pychaaa!



jak się dobrze przyjrzeć - to widać ośnieżone góry!

Następnie poszłyśmy wymienić kasę - i w te pędy na zakupy :D na przeogromny targ!!!!
Czułam się jak taki mały bobas w sklepie z zabawkami... wszystko takie kolorowe, tak tego dużo i takie tanie do tego... Takie inne niż Europejskie... me encantaaaaaa!


po drodze zaczepiła nas pani arabka, chwyciła Monię za rękę, i zanim ta się ogarnęła - to miała juz na ręku malowidła z henny ;)



zapłaciłyśmy w sumie po euro każda... szału nie było, ale pamiątka na chwilę pozostała!

Wpadłyśmy w wir targowania się, Gośka normalnie aż walczyła... a ja znowu ja już coś wywalczyłam, to nagle mi się odechciewało, ale jakoś tak głupio już było zrezygnować, więc tym sposobem kupiłam skórzane czerwone buty i na dobry początek wiosny - czapkę wełnianą :D
Poza tym... pierwsze w tym roku truskawy - tak tak - smakowały jak truskawki, a nie jak jakieś niewiadomoco!


Jak już stwierdziłyśmy, że jesteśmy spłukane i koniec z kupowaniem, bo się do walizek nie zmieścimy, a z ryanerem nie ma zmiłuj się... to zaczęłyśmy się włóczyć po mieście... łatwo się zgubić, ale też później łatwo o drogę zapytać ;)

W pewnym momencie 'dopadł' nas 12 arabek... chłopiec cudo, ładniutki, inteligentny, znał dobrze angielski, coś tam po włosku... no i francuski i arabski! Aż chciałyśmy go wziąć do Europy i tu by niezły biznes rozkręcił!
Zaprowadził nas jakimiś dziwnymi uliczkami (nawet stracha trochę miałyśmy, bo w ogóle turystów nie mijałyśmy) do... do miejsca w którym się wyrabia skóry... nie weszłyśmy do środka... bo byłyśmy bez Maćka... a poza tym to jakieś takie przygnębiające miejsce było...


Po tym widoku... Gośka stwierdziła, że ona musi sobie kupić sziszę!
więc zrobiłyśmy wielki powrót na targ!
Tyle się targowała, że Monia z nudów zaczęłam rozwiązywać krzyżówkę po arabsku, a później poudawała, że czyta :D


Co do higieny... to rzeźnik... to na powietrzu jest... lodówka - a co to ?? ;>

Wieczorkiem rozstawili wielką restaurację na środku placu... i tylko zapachy pysznego jedzenia z dymem się unosiły...

Zamówiliśmy wszystkiego po troszku, żeby każdy wszystkiego mógł spróbować - było pysznie i smacznie, ale... ale nie dają tam serwetek - aczkolwiek można kupić chusteczki u co chwilę przechodzących dzieciaków... biznes to biznes!


Po kolacji poszliśmy na spacer na dworzec dowiedzieć się po ile bilet do Nadoru i w ogóle w jakich godzinach... no i po drodze:

To niesamowite ale i tak każdy wie o co chodzi ;)

ehh.. na dworcu uświadomiliśmy sobie, że trochę za dużo wydaliśmy... a kartą płacić nie można za bilet... upsss... trzeba będzie pobrać z bankomatu... i prowizję zapłacić... bububu...

Ale wracając do hotelu zaczęłam gadać z Monią i mówię:
wiesz... jak bym była z Romą... to byśmy spróbowały pojechać stopem...
Monia: hmm... w sumie... czemu nie :D
Gośkaaaaaaaaaaa jest sprawa - jedziesz z nami stopem ?? mamy czas na złapanie czegoś do 17 (do odjazdu pociągu)... yyyyyyyy... OK :D
Maciekkk, Paula - jedziecie z nami stopem??
dobraaaaaaa!

Tak więc spać poszliśmy wcześnie, bo wstać trzeba było skoro świt :D

Maroko - dzień 3 i 4.

12.02

Dojechaliśmy do Fezu... no to idziemy w stronę centrum... po drodze szukamy hoteli... nicccc... ani centrum, ani hoteli... pytamy...
yyy... taxi taxi - derrr!...
Ok, wzięliśmy taxi, ale Pan kierowca do kumatych nie należał... do tego oto co zrobił z naszymi walizkami:
oczywiście ich nie przypiął - bo po co??!!??

No i tak sobie jedziemy i hoteli po drodze nie ma... aż wreszcie widzę jeden i krzyczę: ici (co z tego co pamiętam po francusku znaczy: tu), on na to że nieee..
Ok, jedziemy dalej... kolejny hotel, ja znowu ici... tym razem się zatrzymał :D
Aaaa w między czasie, jak staliśmy na światłach, wyskoczył z samochodu i wrzucił nam na kolana nasze walizki - nie mamy pojęcia czemu...

Hotel... 28 euro za 3 osoby - więc uciekliśmy czym prędzej - bo za drogo, poszliśmy na najbliższą stację zapytać się gdzie jest tani hotel, miły pan nam tłumaczy, a inny pan podchodzi, zaczyna z nami gadać (jakoś nagle mi się francuski zaczął przypominać :D) i mówi, że on ma 2 apartamenty niedaleko, tylko że nie maja mebli i z przyjemnością nas ugości!
OK - bierzemy :)
Podwiózł nas jego kolega - 4 osoby z tyłu, 3 z przodu - samochód 5 osobowy :D
i jeszcze 5 euro zapłaciliśmy za tą 'przyjemność'

Paula, Monia, Gosi, ja

No cóż... apartamenty były w trakcie budowy, raczej panował w nich brud, w jednym było wielkie nic... a w drugim - taka melinka z kupą waty szklanej na środku salonu i z 3 materacami nie wiadomo przez kogo używanymi w 2 innych pokojach, ale jak to Maciek powiedział: 'hej przygodo' ;)
Późnym już wieczorkiem poszliśmy coś zjeść i na herbatkę - było pyszne wszytskooooooo
Podobno Maroko ma jedna z najbogatszych kuchni świata - całkiem możliwe!

Po powrocie siedzieliśmy sobie jeszcze dość długo - żeby jak najkrócej spać w tym brudku, gospodarze sobie poszli, a ja wzięłam klucz... i poszłam spać... wkładając klucz w but... i wielka akcja w nocy była: 'gdzie jest klucz' ??
ja nie reagowałam, tylko dawałam się grzecznie przeszukiwać Pauli i Gośce, bo wiedziałam, że jak zacznę mówić, że go nie mam to i tak mi nie uwierzą, a jakoś mi wyleciało z głowy że go w but wsadziłam... i tak do rana, aż poszłam siusiu i klucz się automatycznie znalazł :D

Co się okazało, nie byliśmy w Fezie Fezie, tylko w jego okolicy, i dopiero dnia 13.02 autobusem tam zlądowaliśmy, a wyglądało mniej więcej tak:


Poszliśmy na herbatkę, na taras jednej z kawiarni, oczywiście była pyszna, a jakie ciastka dobre... Macie aż mi z ręki jadł, a Paula tylko spoglądała ;)




Widok z góry był oszałamiający - wrażenie, że całe miasto jest pod nami...
Nawet nam nie przeszkadzało to, że na przemian padał deszcz i świeciło słońce!

Po herbatce i pogaduchach, poszliśmy na tutejszy targ... zachwycił nas... ale co się później okazało, była to tylko namiastka tego co nasz czekało w Marakeszu...
Maciek z Paulą kupili przyprawy... ehh aż zgłodniałam teraz na samą myśl!
Do tego wszyscy kupiliśmy mega dobre słodycze... Monia z Gosią skórzane baletki za 7 euro!

Po targu wróciliśmy do naszej kawiarni, gdzie zostawiliśmy bagaże, żeby zjeść obiad - kurczak po marokańsku był przepysznyyyyyyyyyyy! polecam ;)

Przyszedł czas jechać dalej - tym razem pociąg... do Marakeszu z Fezu... 20 euro!! Masakra... ale za to dworzec... najpiękniejszy jaki w życiu widziałam, i nawet pamier toaletowy w toalecie był, co się nawet nie zdarzyło w hotelu w Nadorze ;)


A w pociągu... jak w polski pkp, tylko jakoś tak szybciej jechał :)
Pograliśmy w karty, poczytaliśmy książki, pogadaliśmy... aż nagle... od jakiegoś czasu co chwilę mnie coś w brzuszku zakuło... ale jak mnie ostatecznie zwaliło z nóg... to aż się obsunęłam, przed oczami mi się szaro zrobiło, zdołałam tylko zgarnąć rolkę papieru i biegiem... dalej bez szczegółów... ale nie polecam takich doznań!
Zemsta Allacha to nie było, to było jedynie łakomstwo, mieszannnnnie wszystkiego słonego ze słodki i do tego w dużych ilościach! ehhh....

Chwilka drzemki... i oo 1 w nocy dojechaliśmy... mieliśmy namiary na jeden tani i fajowy hotel... podobno blisko, co się później okazało blisko, to było od placu Jamal Fna, ale od dworca... godzinka spaceru z walizkami...
Doszliśmy, po drodze pytaliśmy... ale... nigdzie nie było wolnych miejsc... :/
Na miejscu się rozdzieliliśmy i szukaliśmy w 2 różnych kierunkach, ostatecznie Paula z Maćkiem znaleźli dobrą ofertę: oni jeden pokój, a my w 3 drugi - więc po raz kolejny spałyśmy we 3 na jednym łóżku - kocham swój śpiwór :D